wydało się…

Gdybyś pracował jako stróż na parkingu naszego szpitala zobaczyłbyś tej nocy sennego sanitariusza przemierzającego opustoszały parking.
– Długi dzień, co? – mógłbyś go zapytać. Sanitariusz pokiwałby głową i odparłby:
– Taa…
A potem z wyrazem zdumienia i irytacji na twarzy przeszukałby kieszenie.
– Jezu – mruknąłby wywróciwszy obie na lewą stronę. – Zgubiłem bilet parkingowy. Rano na pewno go tu miałem. Pokiwałbyś głową współczująco.
Właściwie to gość wyglądał na lekko zamroczonego. Prawdę mówiąc śmierdział, jakby przebiegł maraton. Albo spędził cały dzień na mocowaniu się z niezdyscyplinowanymi pacjentami. Albo wyciągnął swoją niebieską koszulę ze stosu brudów w szpitalnej pralni.
– Co to za samochód? – w końcu przemówiłyby przez ciebie litość i z chęć pozbycia się jego cuchnącej osoby z zasięgu twojego węchu.
– Srebrno niebieska i trochę poobijana. – odparłby sanitariusz.
– Dobra – westchnąłbyś. – Chodźmy poszukać.
– Naprawdę? – ucieszyłby się. Nie chciałby przecież sprawić ci kłopotu. – Byłbym bardzo wdzięczny.
– Żaden problem – odparłbyś już wychodząc ze swojej oszklonej budki z pękiem ponumerowanych kluczy i idąc w stronę dolnego poziomu parkingu, gdzie, o ile pamięć ci dopisywała, widziałeś srebrno niebieską furę z przekrzywionym zderzakiem.
I oczywiście tam byś ją znalazł. Sprawdziłbyś bilet parkingowy za szybą, włożył właściwy kluczyk do zamka i podjechał do wdzięcznego pielęgniarza, który, sądząc po wyglądzie, naprawdę potrzebował snu.
Patrząc jak sanitariusz wsiada do samochodu i odjeżdża, pomyślałbyś, że samochód i kierowca pasują do siebie. Wprawdzie żaden z nich nie jest wiekowy, widać jednak, że mają spory przebieg.
To tylko kwestia czasu, kiedy obaj zaczną się sypać…

Powiedziałem dzisiaj o zamiarze publikacji tekstu. Że mam temat, który może chwycić. Że jest gruba akcja. Że prowadzę bloga, żeby później nie było, że coś nawkręcałem. Że zostawiam ślady w sieci. Że deponuję materiały w różnych miejscach. Że jest w tym wszystkim jakiś klucz… I co? Po długiej tyradzie zobaczyłem głupkowate uśmiechy. Może gdybym wyglądał normalnie – ok. A tak? Stał przed nimi koleś cukinia! Już nawet nie bakłażan, już nie opuchnięty i fioletowy – jakiś taki żółto zielony. To się nazywa kogoś zdyskredytować… Potrzebuję jeszcze kilku tygodni. Co najwyżej kilku tygodni. Będą musieli mi uwierzyć…

 
tagi:

~ - autor: jayson blair w dniu 7 marzec, 2007.

Dodaj komentarz