kawa do gryzienia

Byłem na spotkaniu. Dzień. Centrum jakiegoś tam miasteczka. Oldskulowa kawiarnia bez ekspresu. Kawa do gryzienia bardziej niż do picia. Szarlotka składająca się głównie z tłuszczu i cukru. Zmęczona życiem bufetowa z imponującym blond tapirem w miejscu włosów. Zero sensacyjnej akcji. Dyktafon ściągnął chyba trzaski nawet z mojej głowy. Mam tylko skacowane notatki. Autoryzacji nie będzie. Więc znowu nie mam nic. Kolejny ślad.

Moja rozmówczyni zdawała się być zakłopotana. Zmieniłem temat. Spytałem, jak długo tutaj mieszka. Gdzie się urodziła. Co jest sekretem jej długowieczności. Wszystkie te nieszkodliwe pytania, których człowiek uczy się na lekcjach dziennikarstwa. Unikałem pytania o jej rodzinę, skoro najwyraźniej (z ewentualnym wyjątkiem nieżyjącego syna) nikt z jej bliskich nie zadaje sobie trudu, żeby ją odwiedzać.

Jak na osobę regularnie uczęszczającą do kościoła miała dziwne upodobanie do używania imienia Pana Boga nadaremno. Wszystko było skaraniem boskim, dopustem bożym, niech Bóg broni, Boże dopomóż albo Bóg jeden wie.

Materiału, który zebrałem wystarczy najwyżej na opowiadanie o tym co mi się wydaje. Nie wiem skąd się bierze cała ta paranoja.

~ autor jayson blair w dniu 11 luty, 2007.

Napisz odpowiedź