kto za tym stoi?

•2 Kwiecień, 2007 • Dodaj komentarz

Czy ta historia wydarzyła się naprawdę? Kto stoi za aferą? Dziennikarz? Czy może amerykański rząd? Te pytania towarzyszą nam od samego początku lektury nowej powieści Jamesa Siegla „W żywe oczy”, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Otwartego.

Siegel opowiada historię dziennikarza na tropie skrywanej przez amerykański rząd afery atomowej. Gdyby nie fakt, że pierwowzorem bohatera stał się Jayson Blair – reporter, który zachwiał wiarygodnością New York Timesa była by to zapewne tylko kolejna dziennikarska powieść sensacyjna… Tymczasem lektura „W żywe oczy” sprawia, że uważneiej słuchamy tego, co mówią nam politycy i dziennikarze.


Bohater „W żywe oczy” Tom Valle był wschodzącą gwiazdą amerykańskich mediów. Jego kariera została zniszczona przez skandal, który wybuchł po ujawnieniu, że w swoich artykułach notorycznie rozmijał się z prawdą, fabrykował fakty. Wiele jego „demaskatorskich” tekstów okazało się plagiatami.

Swoje winy wobec dziennikarstwa Tom odkupuje w niewielkiej redakcji na kalifornijskiej pustyni. Tutaj natrafia na ślad prawdziwej afery. 50 lat wcześniej w katastrofie tamy zginęły 893 osoby. Lecz czy ta historia wydarzyła się naprawdę? Czy może rozgrywa się jedynie w głowie głównego bohatera?

Przez tę przewrotną intrygę niezwykle konsekwentnie przeprowadzi nas James Siegel, autor bestsellerowych „Wykolejonego” i „W matni”, na co dzień dyrektor kreatywny nowojorskiego oddziału agencji reklamowej BBDO.

„W żywe oczy” Jamesa Siegla – od 26. marca do nabycia w księgarniach na terenie całego kraju.

» www.wzyweoczy.pl

 
tagi:

dziennikarska szuja

•25 Marzec, 2007 • 1 komentarz

– To ja jestem Tom Valle.
– Wiem.
– Nie, ja jestem tym Tomem Valle’em, o którym mówisz. Tym, który nie poszedł do więzienia.
– Wiem – powtórzył. – Sprawdziłem to, kiedy odebrałem twoją wiadomość. Byłem ciekaw, czy mi powiesz.
– Powiedziałem.
– Prawdę mówiąc – bo mówimy tutaj prawdę – jestem zaskoczony, że nie zmieniłeś nazwiska. A jeszcze bardziej dziwi mnie to, że znowu pracujesz w gazecie. Nawet jeśli to gazeta w miasteczku Pleasantville. Hinch chyba wie?
– Tak.
– To dobrze. Czy to ma być próba resocjalizacji?
– Zapytaj jego.
– Może powinienem. W końcu to trochę tak, jak wpuścić pedofila z powrotem do szkolnej klasy, prawda?
– To stare dzieje. Zgodnie z orzeczeniem sądu spłaciłem dług względem społeczeństwa. Szczerze. Moglibyśmy zmienić temat? Byłem po prostu ciekaw, czy mógłbyś podzielić się ze mną informacjami o…
Bardziej mnie martwi twój dług względem dziennikarstwa – przerwał mi. – Tego długu nie możesz spłacić. Ludzie tacy jak ty niszczą nasz zawód. Łamią niepisane zasady. Przez takich jak ty wszyscy jesteśmy dziennikarzami tabloidów – powiedział podnosząc głos. – Byłeś wiarygodny. To naprawdę było coś. Trafiłeś tam, gdzie większość z nas miała nadzieję kiedyś się znaleźć. Ale nie daliśmy rady. Teraz przez ciebie przeciętny Joe sądzi, że wszystko być może jest bzdurą, że reality TV to kit, że wymyślamy rzeczywistość. Dlatego oddzwoniłem. Chciałem ci to powiedzieć. Siedziałem i słuchałem jego zarzutów, nie rozłączając się.

Jestem Wam winien wyjaśnienia. Historia, na której trop wpadłem zupełnie przypadkiem miała miejsce jakieś 50. lat temu. Zginęły wtedy 893 osoby. Wygląda na to, że strażnicy tajemnicy stracili nad nią kontrolę. Afera atomowa, a może raczej powinienem powiedzieć tragedia jaka spotkała niewinnych ludzi stała się tematem mojego śledztwa…
Tak to ja jestem Tom Valle, materiał na wielkiego dziennikarza, który skończył swój triumfalny marsz na szczyt medialnej kariery w dziurze na jakiejś tam pustyni, gdzie pisuję o urodzinach w domach starców dla lokalnej gazetki, która nawet nie ukazuje się regularnie…
Czy prowadzone śledztwo pomoże mi odzyskać utraconą wiarygodność? A co jeśli historia wygląda łudząco podobnie do tych, które ściemniłem w swojej karierze? A co jeśli tą też ściemniam… A co jeśli mówię prawdę, ale jestem prowadzony przez jej meandry w taki sposób, by nikt przypadkiem mi nie uwierzył?

Teraz to również Twoja sprawa… Moja historia „W żywe oczy” jutro pojawi się w księgarniach…
Czy ta historia wydarzyła się naprawdę? Sprawdź.

 
tagi:

głos mają poloniści

•22 Marzec, 2007 • 1 komentarz

chciałbym móc pozwolić sobie na efektowną pointe. Dobitnie podsumować moje znaleziska, powiedzieć dokładnie o co w tym wszsytkim chodzi. Ale to w moim odczuciu oznaczałoby brak szacunku dla czytelnika. i całe to pisanie, szukanie, tropienie nie miałoby sensu..
pamiętam lekcję pierwszą, kiedy po napisaniu pierwszego sensacyjnego w moim odczuciu tekstu dostałem od mojego redaktora prowadzące jego okrawki, pozbawione emocji, jakieś takie chłodne, nie moje. Wyciął wszystko co do czego byłem przywiązany, wszystkie smaczki, które tak pieczołowicie zbierałem. Wyciął i słusznie. Bo dzisiaj już wiem, że moje smaczki, urodzone w mojej głowie spostrzeżenia były kodem zrozumiałym tylko mnie, że przez przegadane fragmenty przepełnione moją młodzieńczą gorliwą naiwnością mówiąc krótko wyszedłbym na żółtodzioba.. jeśli nie gorzej.
z drugiej strony liczenie na to, że czytelnik się domyśli jest jak czekanie na to, że ktoś zrozumie od początku do końca mojego bloga.
Różnie bywało, kiedyś nawet jedna małośliczna i średniomądra pani stanowczo żądała sprostowania, jeszcze zanim tekst się ukazał.. kiedyś napisałem taką pierdołę, że cieszę się, że nie poszła w dużym nakładzie.

mój dziwny nastrój, oprócz chłodu i psiej pogody, potęguje dzisiaj cała ta paplanina o kaczmarskim. Nie mam siły tego słuchać. Totalne przegadanie. Zamiast oddać mu głos – przynajmniej ten raz w roku, gadanie, bo konferencja naukowa, bo znajomość kaczmarskiego może być kryterium doboru dziewczyny, z którą się spotyka, bo nagroda kaczmarskiego, bo bard solidarności, interpretacje kaczmarskiego w wykonaniu szymona wydry czy jakiegoś takiego jemu podobnego, do głosu dorwali się poloniści… A wystarczyłoby włączyć play. Włączyć i słuchać. Ten jeden jedyny raz nie analizować – bo kogo to obchodzi…

 
tagi:

list.. motywujący

•20 Marzec, 2007 • 2 komentarzy

Dowiedziałem się dzisiaj, że jestem zdesperowany. Że tak desperacko szukam sensacji, że niedługo zacznę namierzać UFO w mazowieckich wioskach i obserwować wieloryby płynące w górę wisły. No cóż w pewnym stanie wszystko jest możliwe… Nie ważne. Nie szukam sensacji, raczej jak już zaczynam pisać to zawsze wpakuję się w jakieś gówno. Teraz do kolekcji dołożę kilka sińców i pękniętych żeber, kilka szwów, kilka dni fioletowo-zielonej karnacji i poobijany samochód. A że większość była po pijaku, to równie dobrze mogło mnie zaatakować ufo albo wieloryb.. hm, i to jest myśl. Zdecydowanie powinienem zmienić redakcję. Mniej stresów. Trochę bajek każdy pamięta. Photoshop opanowany w jakimś tam stopniu. W takim jaki na pewno wystarczy. I w końcu będę mógł napisać wszystko, a i tak mi nikt nie uwierzy. Będę mógł nawrzucać każdemu i nic mi nie zrobią bo redakcja ma hajs na procesy. I to dopiero będzie życie! Faktycznie! że ja głupi wcześniej na to nie wpadłem. To teraz super expressowo powinienem się chyba zabrać za klecenie cefałki! I listu motywacyjnego!

szanowni Państwo, Proszę o pozytywne rozpatrzenie mojej kandydatury na redakcyjnego bajkopisarza. Moje historie i wyjątkowy dar pakowania się w kłopoty nadadzą każdemu numerowi pisma wyjątkowego charakteru. Pierwszy raz nie będziecie musieli Państwo tworzyć niezwykłych historii o pobiciach, porwaniach, wypadkach, ufo i różnych takich, pierwszy raz taka historia zasiądzie w Waszej redakcji. Jako osoba rzetelna i sumienna dołożę wszelkich starań, by sprostać postawionej wysoko poprzeczce kreacji. Ambicja i wrodzona skłonność do przywództwa powiodą mnie wprost do zaszczytnego tytułu hieny roku, którym z dumą, w ramach koleżeńskiej solidarności podzielę się z redakcyjnymi kolegami. Z wyrazami szacunku…
Pięknie by było… szkoda, ze to jedynie bredzenie po 15 godzinach pracy. Nic, do niedzieli muszę oddać tekst. Ciekawe czy do tego czasu znajdę kolejny pretekst, żeby dostać po łbie.

 
tagi:

połącz punkty

•19 Marzec, 2007 • 1 komentarz

Cały weekend spędziłem na pisaniu tekstu. Mam dziwne wrażenie, że ciągle przypomina rysunek typu „połącz punkty”, w którym nie ma połączeń. Punktami w tym wypadku są wszystkie napotkane postacie, ale chyba klucz wg którego należy je połączyć może być niezrozumiały. doszedłem co prawda do zasadniczej części historii – do jej sedna. Można już połączyć punkty, tak jak ja to zrobiłem. Muszę przedstawić to w ten sposób, chronologicznie, tak żeby można było prześledzić wszystko po kolei, tak jak się stopniowo rozwijało, kawałek po kawałku. Tak, by na koniec można było w to uwierzyć. Przy całym braku zaufania do posłańca, jego wiadomość pozostanie wiarygodna.I wtedy będzie wiadomo, co zrobić.
Przyszedł mi na myśli pewien zasłyszany cytat, w którym jak to zwykle pewnie coś przekręcę. Chodzi o historię. Ktoś powiedział, że w historii nie liczy się to, co się stało. Ważne, kto ją pisze. Ciekawe czy to samo dotyczy historii opisywanych przez dziennikarzy?

czy to ja?
Ja jestem tym, który je pisze. dobre:) ale mało pocieszające…

Dziwne, ale po napisaniu pierwszej wersji tekstu zacząłem się zastanawiać jak żyli ludzie przed wynalezieniem Worda? Laptopów, pecetów, kursorów, klawisza delete, plików zapasowych, kopiowania i wklejania? Kiedy nie można było tak po prostu z jednego dokumentu zrobić dwóch? Skopiować, przeciągnąć, skrócić, bez trudu przeredagować?

 
tagi:

wewnętrzne “fuj”

•15 Marzec, 2007 • 3 komentarzy

zastanawiam się czasem, kto za tym stoi. te wszystkie ściemy, którymi media karmią nas w żywe oczy… te wszystkie programy interwencyjne, sprawy dla prawdziwych reporterów, bieganie z interwencją. ile w tym wszystkim prawdy. Niby nagłośnienie sprawy, może pomóc w jej rozwiązaniu, niby taki reportaż pomógł już niejednemu pokrzywdzonemu. Tylko co jeśli pokrzywdzony naściemniał i zamiast janosika, wychodzimy na zwykłego watażkę, co macha szabelką w imię czegoś co tylko jemu wydaje się słuszne. ehh Pieniacze nie zastanawiają się, że plotąc bzdury trzy po trzy przed kamerą czy dyktafonem nie tylko tych złych tych bogatych, te koncerny i korporacje, te co to niby za chwilę zawładną światem. Biją w wiarygodność całej branży. a przy okazji zwykłych ludzi, takich samych kowalskich co czują się dziwnie jadąc później do pracy. tylko z drugiej strony po co media to puszczają? Wiem, z moim podejściem świat byłby smutny, śmiertelnie poważny i żałosny jak skrzynecka w reklamie pasztetu.
ok, ameryki nie odkryłem. Ludzie ściemniają, nic mi do tego. Pytanie o skalę rażenia. Kiedy ekspedientka w sklepie przewali cię na kasę i zapiera się, że nie – wściekasz się. Kiedy ty próbowałeś jako szczeniak przewalić kanarów jeżdżąc na gapę było ok. Kiedy koleś na ulicy wciska ci kadzidełko miłości, wylewasz z jego wyjazdu w tybet, ale kiedy ty kombinujesz z zusem, nie ma żadnej sprawy.

sorry za te gorzkie żale. Ale dzisiejszy dzień jakoś tak mnie przygnębił. Bardziej chyba nawet niż to wszystko co działo się ostatnio.. Kiedy do wymiany argumentów służą pięści dochodzi się do siebie o wiele łatwiej, niż kiedy musisz wysłuchiwać bzdur na swoj temat. powinienem się przyzwyczaić. Nie umiem. Trafiłem na kolejnego niespełnionego co ma na moim punkcie wielkie wewnętrzne fuj. Rozdęte ego przesłoniło mu chyba mózg. Nie słyszał, nie widział, nie wie o co chodzi, podejrzewa i zasłuchuje, ale WIE. Wie i bardzo chętnie dzieli się tą wiedzą. I co mu zrobisz?
nie istotne, ze swoim pieprzeniem niszczy efekty twojej pracy, podważa twoją wiarygodność i skuteczność, ze wielki znawca wszechrzeczy nie ma pojęcia o czym mówi, co mu tam. Nie mnie oceniać, sam mam swoje za uszami, ale… dzisiaj mam serdecznie dość swojej pracy, mam serdecznie dość ludzi, kupię sobie świnkę morską, będziemy mieli wspólny gabinet. Będzie piszczeć, ale nie będzie gadać bzdur!

 
tagi:

wiarygodność informatorów.. ehh

•14 Marzec, 2007 • 3 komentarzy

byłem na spotkaniu. pierwsza po południu, jasno, stoimy obok ażurowej ściany parkingu, tymczasem koleżka pyta mnie “czy już północ”. Jak polegać na wiarygodności takiego informatora? Udawał? Świrował, żebym się od niego odpieprzył? A moze zwariował naprawdę? Może cała ta sprawa ma na celu jedynie wyeliminowanie z gry ludzi, którzy dowiedzieli się czegokolwiek. Powtarzał “oni tu są”. Wiem, wiedziałem, że byli, są cały czas. Już nawet nie czaja się w żadne podchody. Co mam podejść i zapytać – witam panów, jak leci, co słychać? A moze to nie najgłupszy pomysł? Moze taka bezczelność się opłaci?

To byłby niezły wkręt – dzień dobry panie utajniony, w czym mogę pomóc… robiliśmy kiedyś takie numery kiedy dorabiałem sobie jako barman. Każdy wiedział kiedy do knajpy wchodził pies. Każdy wiedział po co przychodził i ze może nam skoczyć. Więc zaczynała się zabawa. Proponowanie drinka na koszt firmy – wiadomo na służbie nie można…
Stawianie kolejnych kolejek przy okazji zamówień klientów. W końcu szybki podjazd – co słychać “panie utajniony”… Gość :gdzie toaleta? Po czym znikał. Może warto wypróbować teraz stare sprawdzone metody? Co mam do stracenia? Nic. Przekonałem się, że nieźle mi w fioletowym..

 
tagi:

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.